
Dodano: 30/05/10
Autor: Paweł Wojciechowski
Samolot, którym wracałem ze służbowego wyjazdu na targi żeglarskie, już startując do Warszawy, miał niezłe spóźnienie, a konieczność ominięcia silnej burzy, jaka panowała po drodze, tylko je zwiększyła.
W tej sytuacji po wylądowaniu na Okęciu nie miałem odwagi zadzwonić po swoją miłość i postanowiłem wrócić do domu taksówką. Na postoju stał tylko jeden samochód. Wiedziałem, że jest to jakieś BMW, ale liczne domowe próby tuningu karoserii, jakim poddano nieszczęsne auto, skutecznie uniemożliwiły rozróżnienie typu czy rocznika pojazdu. Na pokrywie bagażnika dumnie prezentował się spojler, progi „beemki” miały specjalnie wyprofilowane, laminatowe nakładki, wszystkie szyby i ogniska korozji na karoserii były oklejone licznymi naklejkami imitującymi przestrzeliny. Nie muszę dodawać, że właściciel nie zapomniał także o tak obowiązkowych elementach tuningu, jak puszka po piwie założona na wydech czy chromowane nakładki na „wszystko”. Po otwarciu drzwi zaatakował mnie zapach „leśny” unoszący się z nieśmiertelnej choinki zapachowej kołyszącej się pod wstecznym lusterkiem.
Tuż obok choinki wisiała płyta CD, co w zasadzie było logiczną konsekwencją zainstalowania w samochodzie tylu tak wybitnie poprawiających osiągi gadżetów. Jeszcze raz rozejrzałem się po postoju Taxi, ale nadal „beemka” była jedynym dostępnym pojazdem. W tej sytuacji wziąłem głęboki wdech powietrza i zasiadłem na przednim fotelu. Kierowca bez specjalnego entuzjazmu przerwał słuchanie radia i spytał się „Where?”. Po mojej odpowiedzi w języku polskim z jeszcze mniejszym entuzjazmem uruchomił silnik i ruszył. Zaraz po wyjechaniu na drogę kierowca odezwał się ponownie: „Pan się nie gniewa, ale wie pan, dziś w totku było dwanaście milionów do wzięcia no i niestety nie wygrałem. Więc miałem nadzieję, że pod lotniskiem złapię jakiegoś zagraniczniaka i jakoś poprawię sobie humor. No, ale trudno. Pewnie pan myśli, że głupoty opowiadam, ale ja naprawdę potrzebuję wygrać w totka.
Kolega ma używaną motorówkę na sprzedaż i myślałem, że po totku mógłbym ją kupić”. „A nie sądzi pan” – przerwałem kierowcy – „że po wygranej mógłby pan kupić nową łódź? Nowa łódź ma gwarancję, nikt jej nie zarzynał silnika, nikt jej nie rozbił, no i w porównaniu z łodzią sprzed paru lat ma znacznie lepsze rozwiązania dna, nie mówiąc o silnikach i ergonomii kokpitu. Generalnie nowe łodzie są po prostu lepsze”. „A wie pan, faktycznie, po co mam kupować staruszkę, jak mogę nówkę. A zna się pan na tym, poleciłby pan coś.” „Hm” – chwilę się zastanowiłem – „panu, jako miłośnikowi marki BMW, mogę z czystym sumieniem polecić Montereya M5. Skrót M5 na pewno coś panu mówi?” „Jasne” – odparł z błyskiem w oku mój rozmówca – „silnik V 10,5 litra pojemności, 500 koni mocy i ponad 500 Nm momentu obrotowego, a jak zdjąć ogranicznik prędkości, to wózek pójdzie ponad 300 km/h. Cudo, ale na taksówkę to za dużo paliwa zużywa.” „No, to M5-kę na kółkach pan zna, a w łodzi M5 może pan mieć silnik V8 o pojemności ponad ośmiu litrów i mocy 425 koni. Przy czym jest to czysta, żywa moc bez żadnych sprężarek czy innych bajerów. Do tego dwie śruby napędowe i łódź śmiało przekroczy setkę na wodzie, czyli tak jakby na lądzie ze trzy.
I spójrz pan tu na prospekt (który właśnie wygrzebałem z torby), w kokpicie rufowym usiądzie wygodnie osiem osób. Do dyspozycji mają barek, lodówkę, stolik, tylną kanapę rozkładaną w leżankę do opalania i mnóstwo, mnóstwo miejsca. Na rufowej platformie jest prysznic i schowki. W dziobowym kokpicie spokojnie posadzi pan trzy laski. Na łodzi można zainstalować fabryczny spojler radarowy (więc – pomyślałem – nie będziesz go musiał pan sam strugać w garażu), który nie tylko poprawi wygląd łodzi, ale także jest zaczepem do holowania wakeboardzisty. Takich rzeczy nie znajdzie pan w BMW M5 i co najlepsze, na wodzie nie ma ograniczenia prędkości. Tak więc możesz pan szaleć i nawet bez płyty CD nikt panu nie wlepi mandatu. A skoro o muzyce mowa, to w Montereyu może być zainstalowanych nawet osiem głośników, czyli więcej niż w BMW. I nie uwierzy pan, ale Monterey M5 kosztuje mniej więcej połowę tego, co M5 z Bawarii, a dostarcza dużo, dużo więcej zabawy. A i dziewczyny wolą łodzie od samochodów.” „Faktycznie, zgrabna jednostka – odparł mój szofer zapatrzony w prospekt. „Przepraszam, że tak bezpośrednio się spytam, nie ma pan jeszcze jednego takiego katalogu? Żonie bym pokazał. A wie pan, jak taką łódź można by fajnie stuningować?” „Tego się właśnie obawiam” – pomyślałem, a głośno odparłem: „Bierz pan ten katalog, tylko obiecaj mi człowieku, że nie będziesz robić żadnego tuningu, to naprawdę ładna łódź”.












