
Dodano: 19/02/10
Autor: Paweł Wojciechowski
Czas wojny nigdy nie był w USA dobrym okresem dla producentów i sprzedawców dóbr luksusowych.
Dodatkowo zostaliśmy odcięci od naszego drugiego największego rynku zbytu, jakim była Europa. Wydawało się, że sytuacja jest naprawdę krytyczna, ale Julius Smith okazał się godnym następcą swojego ojca. Szybko udało mu się porozumieć z armią amerykańską i zaczął produkować na jej potrzeby najróżniejszy sprzęt pływający. Oczywiście nie budowaliśmy krążowników czy lotniskowców, ale armia potrzebowała także niedużych łodzi motorowych do patrolowania wód przybrzeżnych czy łodzi, a w zasadzie barek desantowych.
Nie wiem, czy wiesz, ale to właśnie naszej produkcji barki motorowe były użyte podczas lądowania aliantów na plażach Normandii. Wstępne założenia ich projektu przedstawiono wielu firmom w USA, ale tylko Chris Craft ostatecznie zadowolił generałów, dając im barkę, która była szybka i mogła pływać przy każdym stanie morza. Mogła też „wyjechać” dziobem na plażę, a następnie samodzielnie z niej spłynąć i popłynąć po następną grupę żołnierzy. Była uzbrojona w dwa działka małokalibrowe i co najważniejsze dla armii, koszt jej budowy mieścił się w założonym limicie. Tylko tych jednostek zbudowaliśmy ponad dziesięć tysięcy egzemplarzy!!! A oprócz tego budowaliśmy też tzw. ciężkie barki, które mogły zabrać na swój pokład jeepa czy nawet czołg i bezpiecznie przewieźć go wraz z załogą na plaże. Można śmiało założyć, że nasz sprzęt w dużym stopniu przyczynił się do szybszego zakończenia wojny i na pewno ocalił życie wielu naszym chłopcom.
Oczywiście cały czas zarząd firmy i pracownicy marzyli o powrocie do budowania prawdziwych łodzi motorowych. Mając stałego i pewnego klienta, jakim był rząd Stanów Zjednoczonych, Chris Craft mógł sobie pozwolić na szeroko zakrojoną akcję reklamową swoich produktów. Prawie wszędzie w kraju można było zobaczyć plakaty i ulotki Chris Crafta namawiające do zakupu rządowych pożyczek wojennych, dzięki którym „…jutro będziesz dowodził swoim własnym Chris Craftem”. Dzięki tej akcji i naturalnemu ludzkiemu odruchowi, jakim była potrzeba odreagowania chudych wojennych lat, tuż po zakończeniu wojny ludzie wręcz rzucili się na nasze łodzie. Nastała złota era Chris Crafta. Gospodarka miała się znakomicie i nawet zwykły robotnik zarabiał tyle, że bez trudu mógł kupić naszą łódź. Posiadanie łodzi jak nigdy dotąd należało do dobrego tonu, ale też wreszcie nie było uznawane za ekstrawagancję bogaczy. Dodatkowo Amerykanie, a za nimi cały świat, widzieli największe gwiazdy ekranu tamtych lat na pokładzie Chrisów. Była wśród nich Marilyn Monroe, Elvis Presley, Frank Sinatra i Katharine Hepburn, żeby wymienić największych.
Wtedy też Chris Craftem zaczął pływać prezydent Roosevelt, a trochę później J.F. Kennedy. Już przed wojną byliśmy światową potęgą w produkcji łodzi, ale teraz naprawdę rozwijaliśmy się w zawrotnym tempie. Co roku wprowadzaliśmy nowe modele (mieliśmy w ofercie nawet 60-stopowe jachty!) i otwieraliśmy salony dosłownie na całym świecie (jasna rzecz, że prócz krajów zza „żelaznej kurtyny”, chociaż wiemy, że tam też pływały nasze łodzie). Oczywiście nasz sukces i powodzenie w sprzedaży pobudzały wyobraźnię innych przedsiębiorców, którzy też chcieli wejść na ten lukratywny rynek. Pewnego dnia zapukał do drzwi naszej głównej siedziby niejaki Carlo Riva, którego rodzina dotychczas produkowała czysto wyścigowe łodzie motorowe, a teraz Carlo, który właśnie przejął stery firmy, chciał rozpocząć produkcję łodzi rekreacyjnych. W tamtych czasach, w zrujnowanej wojną Europie, nikt nie produkował odpowiednich do tego silników i Carlo postanowił kupić je od nas (notabene za pieniądze rodziny Beretty – znanych włoskich producentów broni). Oczywiście sprzedaliśmy mu je i z ciekawością patrzyliśmy na jego poczynania.
W międzyczasie kosmiczna technologia, jaką był laminat poliestrowy, została „oswojona” i na świecie rozpoczęła się era plastikowych łodzi. Nie były zbyt piękne (można powiedzieć, że były wręcz brzydkie), ale za to tanie i można je było produkować znacznie szybciej niż mahoniowe kadłuby ówczesnych Chris Craftów. Siłą rzeczy my też musieliśmy zainteresować się tą technologią i w końcu, w 1965 roku, wyprodukowaliśmy pierwszego Chris Crafta z kadłubem z włókna szklanego, a w 1972 bramy naszej stoczni opuścił ostatni drewniany Chris Craft. Można powiedzieć, że tak jak kiedyś wprowadziliśmy silnik spalinowy na salony yachtsmenów, a teraz – laminatowe kadłuby. Nasze miały wszystkie zalety laminatu, a do tego dzięki odpowiedniej oprawie były akceptowalne z punktu widzenia estetyki i tradycji żeglarskiej. Do dziś naszą wizytówką na łodzi jest szlachetne drewno na pokładzie, w kabinie i w takich elementach wykończenia, jak kierownica czy handrelingi. Idąc za ciosem, jakim było wprowadzenie laminatu do konstrukcji naszych jednostek, pod koniec lat 70. postanowiliśmy tworzyć bardziej nowocześnie wyglądające łodzie, co jednak nie okazało się dobrym pomysłem i szybko porzuciliśmy tę ideę. Ludzie cenili sobie w łodziach Chris Crafta nie tylko wysoki poziom wykonania czy trwałość łodzi, ale także ponadczasowe, nieprzemijające i nieulegające chwilowym modom piękno kształtów kadłubów naszych łodzi.
Oczywiście każdy armator łodzi chciał, żeby jego łódź była tą najszybszą na jeziorze i kupując Chris Crafta, miał na to duże szanse. Nasze łodzie wyglądały klasycznie, ale przy okazji cały sztab ludzi pracował nad tym, żeby łódź była szybka, zwrotna i dobrze „trzymała się wody”. To właśnie w latach 80. ukuliśmy slogan mówiący, że „Chris Craft jest jak dobry sportowy samochód, z tą różnicą, że na wodzie nie ma ograniczeń prędkości”. I tak właśnie staramy się produkować Chris Crafty aż do dziś…












