
Dodano: 19/02/10
Autor: Krzysztof Ptasiński "Ptaku"
Wyspy Alandzkie położone są u wejścia do Zatoki Botnickiej, oddzielając ją od Morza Bałtyckiego.
Jest to archipelag liczący sześć i pół tysiąca wysp mających nazwy (nie liczy się nienazwanych). Mieszkańców jest tutaj niewielu – około 30 tysięcy osób i jak powiadają, na każdego, rodowitego Alandczyka przypadają dwie wyspy. Warunki pogodowe nie należą do najłagodniejszych. Temperatura wody około 12–14 st. C, silne wiatry oraz nieprzewidywalna pogoda stanowią duże wyzwanie dla kajakarzy. Wyprawa zaczęła się w miasteczku Storby na wyspie Eckero. Nasza trójka to Karol, Marcin i ja – zabrakło mojego wyprawowego partnera Marka – niestety – praca… Bardzo jestem ciekaw, jak się ułożą nasze wzajemne relacje, przecież jeszcze nigdy razem nie pływaliśmy. Klarujemy kajaki, ubieramy nasze „zbroje” i ruszamy w nieznane. Warunki mamy wspaniałe, znikoma fala i niewielki deszczyk.
Plan na dzisiaj zakłada dotarcie do campingu, na którym nocowałem w ubiegłym roku, razem z moim kompanem Markiem. Połykamy szybciutko kilometry i w końcu robimy długi około 20 km przeskok otwartym morzem. Fala trochę większa, ale nienastręczająca trudności. Jest troszkę sennie i monotonnie. Daje się odczuć trudy podróży. Nadchodzi wieczór, a zaplanowanego campingu nie widać. W końcu wpływamy w niewielką zatoczkę – na jej końcu widnieje plaża. Podpływamy do pomostu, na którym siedzi gość i coś popija, a oczy mu się błyszczą. Po krótkim powitaniu pokazuję mu mapę, a on lokalizuje nasze położenie. Jest to wysepka ok. 5–6 km od stolicy Wysp Alandzkich – Mariehamn. No nieźle, minęliśmy zaplanowany camping i popłynęliśmy znacznie dalej. Autochton z pomostu tłumaczy nam, że plaża z polanką jest terenem komunalnym i możemy się tutaj zatrzymać bez problemu. Dopływamy na miejsce, a facet już na nas czeka i pokazuje, gdzie możemy rozstawić namioty. Nareszcie! Zakładamy obóz, robimy pyszną kolację i idziemy spać. Czas najwyższy, bo oczy same się zamykają. W nocy leje niemiłosiernie.
Namioty znakomicie zdają egzamin, ale humory nam nie dopisują. Wstajemy rano, niebo jest zachmurzone, ale nie pada. Z gościnnego biwaku wyruszamy około godziny 10. Żwawo płyniemy do stolicy Alandów, pomimo wiejącego coraz mocniej wschodniego wiatru. Szybko i bez przeszkód przechodzimy tor wodny, po którym poruszają się wielkie promy płynące do i z Mariehamn. Opływamy duży cypel, na którym położona jest znaczna część miasta i lądujemy na campingu. Robimy sobie dłuższą przerwę na posiłek i nabranie wody do bukłaków. W międzyczasie dobija para Austriaków na morskim składaku. Okazuje się, że są na Alandach od dwóch tygodni i mieli wspaniałą pogodę. Dzisiaj kończą i wracają do domu. Jesteśmy coraz bardziej przekonani, że nasza wyprawa odbywa się za późno. Sierpień nie jest dobrą porą na pływanie po Bałtyku. Ale co zrobić, zbieramy się do dalszej drogi. Wiatr zaczyna coraz mocniej dokuczać. Wraz ze wzrostem siły wiatru morze też zaczyna wstawać. Przepływamy pod obrotowym mostem na wyspę Lemland. Trafiamy na moment przepłynięcia, z przeciwnej strony, dużej łodzi żaglowej.
Widzimy, jak most obraca się o 90 st. wokół swojej podpory, dając żaglówce przejście. W międzyczasie na drodze, ruch jest zatrzymany przez opuszczone w dół szlabany. Wszystko przebiega szybko i sprawnie. Przed nami mocno rozhuśtane morze. Płyniemy, przeskakując pomiędzy wyspami i starając się tak obierać drogę, aby uniknąć wyjścia na otwartą przestrzeń. W końcu możliwości się wyczerpują. Docieramy do wysuniętego cypla jakiejś wyspy, za którym już nie ma żadnej osłony. Widzimy, że będzie bardzo groźnie. Opływamy cypelek i stajemy, a właściwie wypływamy naprzeciwko ogromnych fal zakończonych białymi grzywami. Kątem oka widzę, jak Marcin „siada” na kamieniach z powodu zbyt bliskiego kontaktu z cyplem. Swój błąd naprawia błyskawicznie, wycofując się i płynąc większym łukiem. Marcin jest wspaniałym technikiem, umie najwięcej z naszej trójki. Płyniemy naprzód pod wiatr. Fale przechodzą przez pokład kajaków a nierzadko przez nas samych. Wchodzimy w osłoniętą zatoczkę na prawym brzegu wyspy i to nas ratuje. Oddycham z ulgą, myślę, że nie ja jeden. Dalsza droga byłaby szaleństwem. Podpływamy w głąb zatoczki, do maleńkiego domku. Na wysokim maszcie łopoce flaga Alandów, to znak, że gospodarze są w domu.
Od miłych, starszych ludzi otrzymujemy pozwolenie na lądowanie oraz rozbicie namiotów nieopodal domu. Możemy także korzystać z ich studni z pitną wodą. Zakładamy obóz w pobliskim zagajniku, którego drzewa osłaniają nas od wiatru. Zjadamy obiad i ruszamy pieszo na cypel, aby zobaczyć, jak wygląda morze. Potężne fale, wiatr około 14 m/s i padający deszcz – to wszystko, co widzimy. Do tego robi się coraz zimniej. Idziemy spać. Przez całą noc namioty są smagane deszczem i wiatrem, a morze mruczy groźnie. Na telefony Karola i Marcina nadchodzą SMS-y. Wszyscy martwią się o nas i raczą informacjami o stanie pogody, morza, wiatru i wszystkiego, co nas otacza. Wstajemy rano, w asyście wyjącego wiatru i ryczącego morza – dzisiaj nigdzie nie wypłyniemy. Szwendamy się po okolicy, usiłując zabić czas. Idziemy przez las nad morski brzeg. Marek z Karolem postanawiają iść do pobliskiego – około 5 km – sklepu. Ja wracam do obozu i idę spać. Po powrocie moich kompanów robimy pyszny obiad i przy jedzeniu zastanawiamy się nad jutrzejszym dniem. Zapada wieczór. Wiatr cichnie, a morze się uspokaja, z fal znikają białe grzywki.
Z nadzieją na lepsze jutro idziemy spać. Budzimy się o świcie. Błyskawiczne pakowanie kajaków i około godz. 7 start. Morze wygląda jak stół, jest pięknie i bezwietrznie. Zamierzamy nadrobić straty. Celem dzisiejszej drogi jest wyspa Kumlinge. Płyniemy jak po sznurku i około południa zatrzymujemy się na niewielkiej wysepce na odpoczynek. Marcin zwiedza okolicę i odkrywa szkielet dużego zwierzęcia. Sądząc po rozmiarach kości, to szkielet łosia. Czas ruszać, przed nami długi na około 20 km przeskok otwartym morzem. Zajmuje nam to mniej więcej 3 godziny. Pogoda robi się jak na Hawajach. Płyniemy w samych koszulkach, no i oczywiście w kamizelkach asekuracyjnych. Nadchodzi wieczór i czas rozejrzeć się za miejscem na postój. W efekcie zatrzymujemy się na niewielkiej skalnej półce. Leżymy na rozgrzanych kamieniach, oglądając zachodzące słońce i słuchając ciszy – jest jak w bajce. To na razie najpiękniejszy dzień naszej wyprawy. Nadchodzące ze świata SMS-y uświadamiają mi, że dzisiaj są moje urodziny. Kolejny raz poza domem. Dobrze, że towarzystwo jest doborowe i pogoda wspaniała. Kolejny poranek budzi nas słońcem i niewielkim wietrzykiem. Wyruszamy z gościnnej wysepki, sprawnie pokonując duże odległości pomiędzy rozrzuconymi na morzu wyspami. Niestety, wiatr się wzmaga i morze coraz mocniej nami buja. Do tego dochodzi padający deszcz. Wreszcie postanawiamy dobić do niedużego skrawka lądu, na którym widać zabudowania. Musimy nabrać wody do pustych już bukłaków. Jesteśmy na terenie przystani rybackiej, lecz nigdzie żywego ducha. Karol rusza na zwiedzanie lądu i po chwili odkrywa stojące w głębi domy. Idziemy w ich kierunku i napotykamy dwóch gości. Są zdziwieni naszym widokiem, lecz bardzo mili i uprzejmi. Tankujemy wodę do pojemników, robimy wspólne zdjęcia i wracamy do kajaków. Po wyjściu w morze koniec z żartami. Na falach białe grzywy i załamujące się, nieregularne fale tworzące niebezpieczną kipiel. Znowu jest jak na huśtawce, a przez pokład przelewa się woda.
Tuż za plecami, po lewej, widzę cień Karola, a po prawej płynie Marcin. Cały czas wzajemnie się asekurujemy. Wreszcie znajdujemy schronienie za niewielką skałą i robimy zwrot, wracając na wcześniej wytyczony kurs. Po chwili, już bezpieczni, płyniemy wzdłuż dużej wyspy pod osłoną wysokiego brzegu. Ryzyko było ogromne. Dopływamy do wysepki z niewielkimi zabudowaniami. Domek z obszerną werandą jest właściwym miejscem na odpoczynek oraz obiad. Naprawdę zasłużyliśmy. Przenosimy naszą kuchnię na duży taras i pod dachem pichcimy obiad. Kolejny raz znakomicie zdaje egzamin żywność liofilizowana. Jest wysokokaloryczna i zajmuje niewiele miejsca. Po posiłku ruszamy na zwiedzanie zabudowań. Z zaciekawieniem oglądamy wspaniałą saunę oraz pokój wypoczynkowy obok niej (wszystko jest pootwierane i dostępne!). Ale nie dla nas te luksusy. Wyruszamy w drogę w strugach deszczu i przy mocno wiejącym wietrze. Pogoda zrobiła się tragiczna. W tych warunkach około godziny 19 docieramy do dużej wyspy o nazwie Massola. Lądujemy obok niewielkiej szopy, która niestety jest zamknięta.
Już biorę się za rozstawianie namiotu, gdy Marcin dostrzega na tylnej ścianie budynku kilka ruszających się desek. Wyjmujemy je i wchodzimy do środka. Szopa służy za skład desek dla budowanego obok domu. Dla nas najważniejsze jest to, że w środku jest sucho. Po ciemku robimy kolację, wieszamy na linkach mokre ubrania i idziemy spać. Jestem wykończony. Wstajemy o świcie. Jest 4.30 rano – co za barbarzyńska pora! Cała trójka jest zmęczona i niewyspana. Alandzkie komary mocno dały nam w kość. Robimy śniadanie i zbieramy z linek nasze rzeczy, które oczywiście nie wyschły. Pakujemy kajaki i w asyście wściekłych komarów uciekamy na morze. Jest około 6 rano i znowu zaczyna padać deszcz. W pewnej chwili Karol dostrzega wynurzający się z deszczu i mgły kadłub wielkiego statku. Sprintem przecinamy tor wodny, po którym porusza się kolos. Oglądamy statek z bezpiecznej odległości. To średniej wielkości kontenerowiec, na pokładzie którego kontenery wyglądają jak układanka z klocków lego. Po ożywieniu, które zapanowało w naszej grupce, nadchodzi czas apatii i zobojętnienia.
Deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz! Naszym dzisiejszym celem jest dawna stolica Finlandii – Turku. Marcin i Karol nawigują na GPS-ach, a ja określam drogę na mapie. Taka współpraca pozwala nam na sprawne poruszanie się między wyspami. Dopływamy do wysepki położonej naprzeciwko naszego dzisiejszego celu. Jest nim camping na obrzeżach miasta. Jeszcze tylko oberwanie chmury, które nie pozwala nam ruszyć dalej (nic nie widać!). Wreszcie docieramy do campingu. Przewozimy kajaki na wózkach i rozstawiamy namioty na zielonej trawce. Wykupuję pralkę i wrzucam jak leci wszystkie ubrania. Gorący prysznic też jest nie do pogardzenia. Wykąpani siadamy do kolacji, którą przyrządzamy w campingowej kuchni. Jesteśmy zmęczeni, ale szczęśliwi – Turku jest nasze!












